Fundacja Medyczna „Wschód”

Powstanie i działalność Fundacji medycznej „Wschód” jest dobrym przykładem metody jaką przyjął w działalności publicznej Andrzej Lussa. Nie chodziło mu o jakąś „transformację” z komunizmu do III RP. Chodziło o unieważnienie PRLu; odwrócenie jego nielegalnych skutków. Jeżeli III RP nie dała Polakom którzy zostali na terenach ZSSR i ich potomkom „prawa powrotu” to należało im to załatwić w ramach środków jakimi się dysponowało lokalnie. Należało też budować na tych ziemiach polskie instytucje podobnie jak kiedyś budowano kresowe stanice. Taki był realny cel Fundacji wymyślonej przez Andrzeja Lussa.

Akt fundacyjny podpisano 14 stycznia 1992 roku. Fundatorami byli: Andrzej Stanisław Kaliciński, Andrzej Piotr Lussa, Ida Teresa Kinalska, Krzysztof Jakub Putra, Irena Helena Gałasińska-Pomykoł, Stanisław Bogusław Choydnicki, Władysław Marek Kaczmarski, Janusz Andrzej Korecki, Jan Szafraniec. Prezesem Zarządu od początku istnienia Fundacji do września 1994 był Andrzej Lussa. Z protokołów fundacji które publikujemy na tej stronie wynika, że po jego odejściu Fundacja straciła nieco rozmach i ostatecznie została zlikwidowania koło 2000 roku wraz z ukończeniem AMB przez ostatniego z jej stypendystów. W krótkim acz burzliwym czasie swojej działalności Fundacja umożliwiła powrót do kraju i zdobycie zawodu 72 osobom. W skali potrzeb to mało, w skali posiadanych lokalnie środków to bardzo dużo.

Warto też zauważyć, że pomimo upływu dwudziestu lat Polacy na wschodzie nadal nie mają „prawa powrotu”. III RP nadal nie rozwiązała kompleksowo tego problemu, a Polakami na wschodzie zajmują się głównie instytucje pozarządowe.

Wspomnienia absolwentki rodem z Wilna.

Z pewną nostalgią wspominam ten czas, gdy przed dziesięciu laty, będąc w klasie maturalnej, musiałam zdecydować się i sprecy− zować swe plany na przyszłość − wybrać jakieś studia. Od szkoły podstawowej myślałam o języ− kach obcych. Dopiero w ostatniej klasie zaczęłam się zastanawiać nad medycyną. Wiedziałam, że to nie będzie proste. W naszym, od dawna polskim, Wilnie zaczęło wówczas brakować miejsca dla Polaków, a szczególnie na prestiżowych kierunkach studiów. Realne możliwości dostania się na studia, były tylko na mało oblegane kierunki, w tym na polonistykę. Reszta kierunków była na pograniczu marzeń i cudu.

Wraz z nadejściem zmian politycznych w 1991 pojawiła się iskierka nadziei. Można było się starać na studia w Polsce. Przecież to ogromny zaszczyt reprezentować marzenia wielu osób z naszej 300 tysięcznej społeczności Polaków zamieszkujących Wileńszczyznę. Na studia medy− czne w Polsce zaproponowano nam tylko dwa miejsca, na pięćdziesieciu chętnych maturzystów. Rodzice sceptycznie podchodzili do mojego ewentualnego wyjazdu. Obawiali się, że nie wrócę, a w ten sposób stopnieje liczba Polaków na Litwie. Aż pewnego dnia, przeglądając lokalną gazetę "Kurier Wileński" zobaczyłam ogłoszenie, że 4 lipca odbędzie się egzamin testowy, z czterech przedmiotów, na studia medyczne do Białegostoku i do Gdańska. Przy czym liczba miejsc była imponująca: dla 30 osób! Wtedy już wiedziałam, że powinnam podjąć to wyzwanie i skorzystać z szansy studiowania w języku ojczystym.

Nawet rodzice zaczęli przychylniej na to się zapatrywać, bo Białystok przecież tak blisko. Najpierw czekało nas spotkanie z komisją egzaminacyjną (prof. A. Kaliciński, prof. I. Gałasińska−Pomykoł, dr hab. A. Andrzejewska, dr J. Szrzedziński, dr W. Kaczmarski oraz dr A. Lussa), potem trudny egzamin testowy, czekanie na wyniki, no i wreszcie odczytanie listy 30 przyjętych osób Udało się! Cieszyliśmy się ogromnie. Rozumieli to wszystko i podzielali naszą radość prof. Romuald Brazis, dr Bronisława Siwicka, ze Stowarzyszenia Naukowców Polskich na Litwie oraz ze Związku Medyków Polskich na Litwie, którzy już rok wcześniej przygotowywali wiele koleżanek i kolegów do egzaminów na studia medyczne oraz przecierali szlaki na uczelnie w Gdańsku i w Białymstoku.

Działania wielu osób doprowadziły do zdobycia środków na sfinan− sowanie naszego pobytu przez Wspólnotę Polską i MEN. Wybierałam się na studia do Polski z prawdziwym mętlikiem w głowie, mnóstwem wątpliwości i niewiadomych. Podstawowe pytanie brzmiało, czy sobie poradzę? Pamiętam dzień wyjazdu 29.09.1992. Krótka wspólna modlitwa w Ostrej Bramie, zdjęcie pamiątkowe do "Kuriera Wileńskiego", pożegnanie rodziny. Wyruszyliśmy poupychani jak "śledzie w beczce", w autokarze udostępnionym przez Związek Polaków na Litwie. Późnym wieczorem dotarliśmy do mety. Panowie znaleźli swe lokum w hotelu "Energetyk" przy Świętojańskiej 12, a panie w Domu Studenta nr 1 przy ul. Akade−mickiej 3.

Ogromny, stary budynek, długie korytarze i nasz czteroosobowy pokój nr 49 na piętrze przy "radiosuple". Dokładnie, co to jest "radiosupeł" poznałyśmy już po kilku pierwszych weekendach (głośna muzyka, ciągłe imprezy). Łazienki i "koedukacyjne" prysznice (bez zasłon) zrobiły na nas oczywiście piorunujące wrażenie. Do wszystkiego można było się przyzwyczaić. Dziś, spacerując po supernowocześnie odnowionym DS nr 1, czuję się aż nieswojo, że tam taki ład i porządek, bez tych rozkosznych koszy na śmieci stojących przy każdych drzwiach, na których nie ma już studentów przesiadujących z cegłą Bochenka lub Sienielnikowa w ręku.

Zostaliśmy bardzo serdecznie przyjęci przez władze uczelni. Sam rektor prof. dr hab. Andrzej Kaliciński przygotował nam uroczyste powitanie, na którym przemawiał tak ciepło, że poczułam się jak w domu. Nie brakowało wzruszających chwil podczas uroczystej inauguracji w Teatrze im. Węgierki, gdzie nas również bardzo serdecznie powitano. Tam też mieliśmy okazję poznać naszych przyszłych wykładowców, wysłuchać pierwszego wykładu o "Wielkiej erze genetyki" i Polskim Uniwersytecie Medycznym utworzonym podczas wojny w Edynburgu przedstawionym przez prof. Alinę Midro. Stowarzyszenie Fundacja "Wschód", z dr. Andrzejem Lussą na czele, otoczyło nas troskliwą opieką. Każdy z nas dostał swojego opiekuna, do którego można było się zwracać w razie jakichś trudności.

Głównie chodziło o zdobycie podręczników. Niezastąpiony, zawsze skory do pomocy, okazał się dr Janusz Korecki z Kliniki Kardiologii, późniejszy organizator naszych spotkań wigilijnych z JM Rektorem i władzami miasta. Już tu na miejscu spotkaliśmy kilkanaście osób z Kresów, które przyjechały do Białegostoku po roku przygotowawczym w Lublinie czy Łodzi. Krąg naszych znajomych szybko się powiększał.

Mimo natłoku zajęć zawsze wykombinowaliśmy czas na zabawę. Nie darowaliśmy nikomu żadnej okazji imieninowej; po prostu przychodziliśmy na spotkania do tych bardzo "pakownych" pokoi. Prawie wszyscy pomyślnie zdaliśmy na II rok, a potem na III i szybko już był półmetek. Pozostawaliśmy najczęściej we własnym gronie, może, dlatego że stanowiliśmy odrębną grupę dziekańską. Czasem, na początku pobytu, "kątem ucha" słyszało się przykre docinki i uwagi o "tych ruskich". Strasznie mnie to raziło, a zarazem dziwiło, że studenci medycyny mogą w ten sposób o nas myśleć i mówić. Na szczęście z biegiem lat przekonano się do nas i docinki umilkły.

Zresztą staraliśmy się zapraszać naszych rodaków na wakacje do Wilna, aby na własne oczy zobaczyli, że polskość na Wileńszczyźnie istnieje i jest pieczołowicie pielęgnowana. Zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa z pokoleniem naszych wspaniałych wykładowców, którzy z wielkim sentymentem wspominali Kresy − Wilno, Święciany, Lwów, Drohobycz czy Żytomierz, które to musieli opuścić przed laty.

Przebrnęliśmy przez te sześć lat prawie w komplecie. Trzy osoby zrezygnowały w trakcie studiów. Przeżyliśmy strasznie śmiertelną chorobę naszego kolegi Andrzeja Sołowieja, byliśmy pełni wyrzutów wobec naszej niemocy i bezradności medycyny. Pożegnaliśmy Go po V roku, na zawsze z wielkim smutkiem. Kiedy skończyliśmy pomyślnie studia, to rozjechaliśmy się po świecie. Teraz tylko docierają pocztą pantoflową wiadomości, co u kogo z "naszych" słychać, kto jak się urządził.

W sumie niewielu z nas wróciło do swych rodzinnych domów. Głównie koledzy po stomatologii znaleźli pracę w Wilnie. Były ogromne trudności uzyskania miejsc specjalizacyjnych po wydziale lekarskim. Chodzenie po ministerstwach Litwy, proszenie o uznanie dyplomu, pozwolenia na odbycie stażu podyplomowego, w końcu otwarcie specjalizacji i te ciągłe pytania: "A dlaczego wy nie zostaliście tam, wśród swoich?! Mną los pokierował tak, że zostałam w Białymstoku, a wszystko przez to, że zaprosiłam na bal połowinkowy kogoś spoza naszego kresowego towarzystwa. Zaprosiłam, można by rzec, kota w worku, a po 2 latach tej przypadkowej znajomości ów "kot" stał się moim mężem i wszystkie plany odnośnie powrotu do Wilna i leczenia tam Polaków runęły.

Wybrałam genetykę kliniczną i pracuję pod kierunkiem prof. dr hab. Aliny T. Midro, wielkiej miłośniczki i znawczyni Wilna i Wileńszczyzny. Od chwili naszego poznania na II roku zapraszano mnie na zebrania koła naukowego, brałam udział w organizowanych przez Zakład Genetyki Klinicznej AMB sympozjach, wyjeżdżałam na szkolenia do Monachium i Amsterdamu. Powoli dojrzała we mnie chęć poznania tajemnic genetyki klinicznej, dziedziny nowej, bardzo ciekawej i niewąt− pliwie potrzebnej.

Renata Posmyk(Maracz)

Dnia 13.04.1995 r. zmarł nagle, dr n. med. Andrzej Piotr Lussa. Doktor medycyny Andrzej Piotr Lussa urodził się 20 lutego 1949 r. w Otwocku. W 1973 roku ukończył Akademię Medyczną w Białymstoku. Tu obronił pracę doktorską i uzyskał specjalizację II stopnia w zakresie chorób wewnętrznych. W latach 1990-1994 był sekretarzem Okręgowej Izby Lekarskiej w Białymstoku oraz dwukrotnie delegatem na Ogólnopolski Zjazd Lekarzy. Pracował w Zakładzie Patologii Ogólnej i Doświadczalnej Akademii Medycznej w Białymstoku i w Klinice Hematologii. Zainicjował budowę Domu Lekarza. Był współtwórcą Fundacji na Rzecz Utworzenia Polskiego Uniwersytetu w Wilnie. W latach 1989-1993 pełnił funkcję prezesa Fundacji Medycznej „Wschód”. 13 lipca 1994 roku został wybrany Prezydentem miasta Białegostoku.

ZAWSZE PODWIATR I DO PRZODU Andrzeja poznałem w początkach „Solidarności”. Poza zdawkowym „dzień dobry” i „co nowego”, nie było właściwie między nami rozmów i dyskusji. Bliżej poznaliśmy się, gdy zbliżały się wybory do władz Akademii. Udałem się któregoś dnia, zdaje się, że to było pod koniec grudnia do lokalu „Solidarności” w tzw. bloku „D”, przy ul. Mickiewicza, na trzecim piętrze. Był to mały pokoik wraz z czymś w rodzaju pakamery. Urzędowała tu sekretarka, pani Władzia. Zapytałem, czy będzie dr Kość? Odpowiedziała, że dopiero za tydzień, bo wyjechał. Kto będzie dziś, nagabywałem ją? Za pół godziny przyjdzie dr Lussa i dr A. Stasiewicz. Otrzymawszy przyzwolenie na czekanie usiadłem, przeglądałem ulotki i powielaną prasę. Około godziny 14 przyszli oboje. Gdy Andrzej zapytał, czy mam jakąś sprawę („czy pan profesor ma coś dla nas?”) odrzekłem, że tak. Chciałbym porozmawiać na temat wyborów rektorskich. Po paru minutach, gdy poskładali jakieś podpisy usiedli koło mnie i Andrzej na nowo zapytał: „co Pana Profesora do nas sprowadza?” Na to ja: „znam Senat i Radę Wydziału jak mało kto; te wybory, to trudna sztuka i aby je wygrać trzeba się porządnie nagłowić, orientować się kto w senacie jest kim, komu można zaufać i na kogo stawiać. Chcę być waszym doradcą, ponieważ wiem, że nie wolno tych wyborów przegrać”.

Oboje spojrzeli na mnie z ogromną dozą nieufności w oczach. Zapadła przykra, dość długa chwila ciszy. Wyczułem co myślą i dodałem: „Żeby sprawa była jasna, oznajmiam, że sam nie zamierzam kandydować ani do władz rektorskich, ani dziekańskich”. W oczach obojga moich rozmówców dostrzegłem chwilowy przejaw ulgi ale nieufność nie zniknęła. Wreszcie Andrzej odezwał się: „sprawę przekażemy Komisji Zakładowej, rozważymy wszystko, za ofertę dziękujemy i spotkamy się ponownie”.

Po upływie tygodnia Andrzej (również w lokalu „S”) odpowiedział: „spróbujemy współpracować w wyborach”; sądzę, że w międzyczasie zapoznali się z moim życiorysem. W ciągu najbliższego miesiąca tamta nieufność zniknęła zupełnie. Zaczęliśmy (nie pamiętam dokładnie od kiedy) mówić sobie po imieniu. Ponieważ pracowaliśmy obaj w Klinikach, w tym samym budynku spotykaliśmy się u mnie w pokoju. Moi współpracownicy w Klinice wiedzieli, że gdy Andrzej przychodzi przerywam zajęcia i zamykamy się, aby nam nikt nie przeszkadzał. Nasza znajomość przemieniła się w dobre koleżeńskie współżycie i wkrótce po tym w przyjaźń. Tę umocnił na zawsze wybuch stanu wojennego. Wieczorem rozmawialiśmy często przez telefon (28793) posługując się umownymi hasłami; oba nasze telefony były „na podsłuchu”. Andrzej znał dokładnie układ krzepnięcia i fibrynolizy nie tylko w teorii ale i w różnych dziedzinach klinicznych. Nie mam wątpliwości, że gdyby połowę swej energii skierował w latach osiemdziesiątych na własny rozwój naukowy już dawno byłby samodzielnym pracownikiem nauki.

Stan wojenny wyłonił inne pierwszeństwo zadań życiowych. Zaczęły się represje studentów; ci przybiegali najpierw do Andrzeja. Przychodził do mnie na narady. Temu groziła utrata roku, temu skreślenie z listy studentów, jeszcze inny był zastraszony przez „pana profesora”, który miast darzyć studentów życzliwością wyzywał i szydził: „... ja wam pokażę, co mogę wam zrobić, zachciało się wam spiskować”. Andrzej dwoił się i troił, żeby dodać studentom otuchy. Sprawy jego zakładu, badania naukowe schodziły na dalszy plan.

W tym czasie zaczęli się koło niego kręcić tzw. „smutni panowie”. Przekonywali go, że szkoda jego obiecującej kariery naukowca. Któregoś dnia zdarzyła się dość zabawna historia. Andrzej przybiegł do mnie i oznajmił, ze jego sąsiad nie mógł zrozumieć dlaczego nagle jego kłódka do piwnicy jest zamknięta na drzwiach piwnicy Andrzeja i odwrotnie. Oczywiście wiedzieliśmy, że szukają naszych powielaczy (które w tym czasie już były na widocznym miejscu, „ukryte” na balkonie zaprzyjaźnionej z nami właścicielki sklepu przy Rynku Kościuszki). W 1989 roku poświęcił się bez reszty wyborom parlamentarnym. Zdawało się, że był wszędzie, na każdym wiecu, zebraniu. Wielu prelegentów nocowało w jego mieszkaniu. Cieszył się jak dziecko z każdego udanego przemówienia. Był zawsze dymny ze swojego ojca, którego przeszłość w AK stanowiła dlań wzór niedościgniony. Andrzeja stosunek do ludzi był odbiciem jego monolitycznej psychiki: jeżeli się do kogoś zraził – było mu niezmiernie trudno zdobyć się na życzliwość nawet, gdy miał pewność o uczciwości tego człowieka. Kompromis rzadko gościł w jego duszy. Ale i odwrotnie: raz zadzierzgnięta przyjaźń była w nim głęboko zakorzeniona; nic nie mogło tych korzeni wyrwać.

Patriotyzm Andrzeja znalazł swój wyraz również w niepodległej Polsce. Ujawniło się to, gdy do Akademii trafiła koncepcja organizowania nauczania w Akademii Medycznej młodzieży zza wschodniej granicy. Na szybko zorganizowanej naradzie (Lussa, Korecki, Kaczmarski i ja) w ciągu 15 minut podjęliśmy decyzję. Andrzej dał do zrozumienia, że bardzo chciałby być prezesem fundacji, przeznaczonej na ten cel. I został. Ogromnie pomógł w gromadzeniu pieniędzy od różnych osób i instytucji, m.in. od Izb Lekarskich. Wyjeżdżał z nami z granicę kilkanaście razy. Cieszył się z głównego efektu działalności, to jest 70 studentów – Polaków ze wschodu. Żyłka polityczna odnalazła się w nim w wyborach samorządowych; został prezydentem Białegostoku. Nie zapomniał o naszej „Fundacji Medycznej – Wschód”. Zorganizował spotkanie z młodymi studentami polskimi ze wschodu z ciastkami i słodyczami. Podszedł do mnie i rzekł półgłosem: „Andrzej powiedz mi – wiesz, tak od serca”. Miał usposobienie odznaczające się wrażliwością, łatwo się wzruszał. Miał łzy w oczach. Nie ma Go dziś wśród ludzi, nie ma Go dziś wśród lekarzy.


Andrzej Kaliciński

Lata 89-94
Prezydent
Prolog