Powstanie Solidarności w Akademii Medycznej w 1980 r. relacja Władysława Kaczmarskiego

Założycielem NSZZ Solidarność w Akademii Medycznej był bez wątpienia Andrzej Lussa, ówczesny asystent Zakładu Patomorfologii kierowanego przez kresowiaka Karola Buluka.

Pod koniec pracy przyszedł po mnie Andrzej Lussa z wiadomością, że za chwilę w Sali Kolumnowej odbędzie się spotkanie z Tadkiem Waśniewskim . Omawianym tematem miało być powoływanie Wolnych Związków Zawodowych. Sala była pełna i oczywiście padały pytania od aktywu „Po co tworzyć nowe związki skoro są dobre obecne”.

Tadek Waśniewski, człowiek z piękną karta opozycyjną, z wyrokiem władz PRL, małoletni więzień- górnik, dobrze sobie radził z tymi pytaniami. Dzisiaj mogę stwierdzić, że w odróżnieniu od wielu działaczy tamtego okresu, pozostał wierny ideałom po 1989 roku i nie stał się ani trochę „różowy”. W drodze powrotnej do pracy zdecydowaliśmy, że utworzymy Wolne Związki Zawodowe w Uczelni. Andrzej skompletował grono inicjatorów tzw. komitet założycielski, a ja przygotowałem deklaracje wstąpienia do związku. Szybko przybywało chętnych deklarujących przystąpienie do nowego związku. Obaj poinformowaliśmy o tym jego magnificencje Rektora pana prof. Konstantego Wiśniewskiego. Rozmowa była spokojna. Rektor najpierw zapytał w lekceważącym tonie „a kogo reprezentujemy” i sugerował zaniechanie działań. My powiedzieliśmy - tworzymy Wolny Związek Zawodowy. Widocznych działań utrudniających z Jego strony nie było.

Aby uzyskać zgodę na wydawanie własnego biuletynu informacyjnego, z inicjatywy Andrzeja, udaliśmy się także na spotkanie z białostockim cenzorem. Staraliśmy się wszystko co można było uzyskiwać w sposób legalny. Szliśmy z nastawieniem, że jeżeli nie otrzymamy zgody to i tak będziemy wydawać biuletyn. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy kto go nam wydrukuje, ale w tamtym czasie był autentycznie wielki „głód” informacji o tym co się dzieje. Jako Komisja zakładowa otrzymywaliśmy sporo informacji z Polski a sporo działo się też w naszej Uczelni . Z informacją trzeba było dotrzeć do członków i nie członków Związku. Widzieliśmy tą potrzebę, ale niestety ani władze Związku Solidarność ani władze AWS nie rozumiały wtedy ważności posiadania własnych mediów. Efekty zaniechania po stronie władz związkowych odczuwane są do dzisiaj. My doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że własna informacja ma podstawowe znaczenie dla przeprowadzenia zmian i niwelowania skutków działania propagandy władz PRL. Wracając do wizyty u cenzora. Przyjął nas starszy pan, wyraził zrozumienie dla naszego zapału, ale zaraz spytał „Czy warto?” - „Bo w 1956 roku również powstawało wiele pism, które szybko znikały, bo nie było komu do nich pisać”. Nie dyskutowaliśmy z nim, zostawiliśmy odpowiednie pismo i doczekaliśmy się pozytywnej odpowiedzi. Wydawany biuletyn redagowany był przez Andrzeja. Nie wiem jak znajdował czas na jego przygotowanie. Biuletyn był wydawany bez jakiejkolwiek ingerencji Władz Uczelni czy cenzury. Andrzej miał na tym polu całkowitą swobodę działania. W tym pierwszym okresie „festiwalu Solidarności”, ogólnej niepewności władz, można było rozwijać działalność związkową i patriotyczną bez większych trudności. Problemy pojawiały się po marcu 1981 roku kiedy Władza starała się przeszkadzać i ograniczać działalność Związku do zajmowania się ziemniakami i marchewką na zimę.

Po zebraniu dostatecznej liczby deklaracji odbyło się pierwsze zebranie wyborcze władz Związku w Sali Kolumnowej udekorowanej flagami polskimi, ogromnym napisem „NSZZ Solidarność” i cytatem z pieśni Jana Pietrzaka „ Żeby Polska była Polską”. Świadomie nie zapraszaliśmy władz Uczelni a jedynie przedstawicieli Międzyzakładowej Komisji Założycielskiej NSZZ Solidarność. Zebranie trwało bardzo długo, prowadził je sprawnie prof. Marian Bielecki i było przez nas nagrywane. Nie wiem co stało się z nagraniem. Na Przewodniczącego Komisji Zakładowej wybrano dr Bugusława Kościa, a we władzach Związku był oczywiście Andrzej Lussa. Działaliśmy jak nakręceni, oczywiście trochę kosztem pracy, a przede wszystkim rodzin. Ludzie szukali rozmowy z Andrzejem, z uwagi na Jego otwarty charakter. Zawsze miał dla każdego czas i życzliwe uwagi, niezależnie czy to był student czy profesor.

Powszechne było przekonanie o inwigilacji i podsłuchiwaniu, stąd rozmowy istotne odbywały się w pokoiku bez okien, normalnie wykorzystywanego do przechowywania materiałów informacyjnych. Dzisiaj wiem, że pomysł z korzystania z tego pomieszczenia był dobry, bo nic o czym rozmawialiśmy, zwłaszcza w listopadzie i początku grudnia 1981 roku, nigdy nie ujrzało światła dziennego. Po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy ja byłem przesłuchiwany w Komendzie Wojewódzkiej MO, Andrzej organizował zabezpieczenie najważniejszych materiałów Komisji Zakładowej. W ręce uczelnianej WRONY dostała się nieistotna część dokumentów. Dzięki naszej sekretarce uniknęliśmy kłopotów, bo przekonała Andrzeja i mnie, że protokoły należy pisać tak aby nie stały się kiedyś materiałem dowodowym. Niestety zabezpieczone wówczas dokumenty, ze strachu przed ich znalezieniem w zakładzie przez UB, zostały szybko spalone przez ówczesnego prorektora pana B. Żal mi głównie projektu sztandaru Komisji Zakładowej autorstwa Andrzeja Lussa.

Studenci z NZS szukali kontaktu z Solidarnością i kontakt zapewniał im Andrzej. W okresie legalnej Solidarności byli grupą nieźle zorganizowaną i rzadko potrzebowali naszego wsparcia. Stosunki były partnerskie. My z Solidarności nie wpływaliśmy na ich działania. To był okres kiedy z masy studenckiej powstawała jej elita. Młodzi , rzutcy i dobrze zorganizowani ludzie. Można rzec kwiat młodzieży, otwarci na nowe, a w działaniu propaństwowcy. Po wprowadzeniu stanu wojennego utrzymywali stały kontakt z Andrzejem, a także z Jędrkiem czyli prof. Andrzejem Kalicińskim i mną. Dobre zorganizowanie potwierdza choćby taki fakt, że zaraz na początku stanu wojennego na zakamuflowanym powielaczu przygotowali biuletyn skierowany do studentów. Na umówione spotkanie u Ani Palczewskiej studenci przyszli z wypchaną, dużą torbą pełną „bibuły”, którą zamierzali kolportować. Długo dyskutowaliśmy wskazując na realność zagrożenia wpadką i późniejszych konsekwencji jakie musieliby ponieść. Dla nas ważniejsze było skończenie przez nich studiów niż fakt zaistnienia. Byliśmy przekonani, że tak wartościowe jednostki przydadzą się Polsce. Ta grupa mimo różnych problemów jakie stwarzały im władze, nie tylko Uczelni, skończyła studia i dzisiaj są lekarzami. Jędrek okazał się być dla nich jak ojciec, bardzo im pomagał. Można było bawić się w „martwego Indianina”, ale liczy się tylko żywy Indianin.

Władysław Kaczmarski

Komisja Weryfikacyjna Akademii Medycznej w Białymstoku. 13 grudnia 1981 r. generał Wojciech Jaruzelski poinformował Polaków o wprowadzeniu stanu wojennego i ukonstytuowania się Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Komitet Obrony Kraju przejął władzę na wszystkich szczeblach administracji państwowej. Powołani zostali pełnomocnicy komisarze wojskowi na wszystkich szczeblach administracji państwowej oraz w niektórych zakładach pracy. Komisarze wojskowi mieli prawo nadzorowania organów administracji państwowej od ministerstw, aż po gminy. Wojewódzkie Komitety Obrony zostały zobowiązane do gromadzenia informacji o sytuacji w terenie, oraz opracowywanie na ich podstawie wniosków kierowanych do przewodniczącego KOK.

Pierwsze posiedzenia Wojewódzkiego Komitetu Obrony w Białymstoku były wykorzystywane do przeprowadzenia czystek w szkołach, aparacie partyjnym, wyższych uczelniach i administracji państwowej.

Weryfikację kadr w środowisku akademickim Białegostoku WKO uzasadniał zarządzeniem resortu szkolnictwa wyższego z 1979 r., które zobowiązywało władze uczelni do przeglądu kadr w trybie dwuletnim. Na posiedzeniu WKO 20 stycznia 1982 r. profesora Jerzego Łebkowskiego – rektora Akademii Medycznej w Białymstoku nazwano ojcem duchowym „Solidarności”, klerykałem i wrogiem ustroju socjalistycznego, człowiekiem, który nie gwarantował realizacji programu PZPZR i rządu. Oceniano, iż znajdował się pod wpływem Emanuela Trembaczowskiego, wroga PRL.

Wezwany na posiedzenie WKO prof. Łebkowski stwierdził, iż AM była przygotowana do wznowienia zajęć dydaktycznych, podkreślił, iż grono profesorskie zdawało sobie sprawę z powagi sytuacji, było chętne do respektowania prawa stanu wojennego. Podkreślił także, iż nastąpi weryfikacja kadry wedle wytycznych nadesłanych przez resort nauki. Niektórzy nauczyciele akademiccy zostali odsunięci od zajęć ze studentami. Poinformował, iż to właśnie na AM powstał pierwszy w Białymstoku Obywatelski Komitet Ocalenia Narodowego na czele którego stanął prof. Stefan Soszka.

Rektor AM powołał Uczelnianą Komisję ds. Przeglądu i oceny nauczycieli akademickich Akademii Medycznej. Do udziału w jej pracach WKO wytypował ppłk lekarza Mieczysława Pokorę. Komisja rozpoczęła pracę w następującym składzie: prof. Jerzy Łebkowski – przewodniczący, płk lekarz Mieczysław Pokora, doc. dr hab. Janusz Darewicz – przedstawiciel Komisji Uczelnianej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, prof. Jarosław Szmurło – przedstawiciel Senatu Akademii Medycznej, prof. Józef Musiatowicz - przedstawiciel Senatu AM, doc. dr hab. Krzysztof Worowski – przedstawiciel Senatu AM.

W dniach 7-15 czerwca 1982 r. Komisja dokonała przeglądu i oceny kadry kierowniczej (z wyłączeniem rektora i dwóch prorektorów) i pozostałych nauczycieli akademickich AM. Na ogólną liczbę 506 zatrudnionych zweryfikowano pracę 463 nauczycieli. Oceniono negatywnie 26 pracowników, w tym 14 po rozmowach ostrzegawczych przedłużono umowy o pracę o jeden rok, 12 osób zwolniono w trybie trzymiesięcznego wymówienia. Za działalność polityczną i wspieranie „Solidarności” prof. Andrzejowi Kalicińskiemu nie przedłużono mianowania na stanowisko dyrektora Instytutu Chorób Wewnętrznych, doc. Emanuelowi Trembaczowskiemu nie przedłużono mianowania na stanowisko kierownika Zakładu Biofizyki. Za działalność polityczną zwolniono z pracy m. in. dr Andrzeja Lussę i Roberta Tomczaka wykładowcę w Zakładzie Nauk Społecznych. Dr Jerzego Karczewskiego i dr Bogusława Kościa zwolniono, gdyż odmówili oni stawienia się przed komisją.

Marek Kietliński

Dnia 13.04.1995 r. zmarł nagle, dr n. med. Andrzej Piotr Lussa. Doktor medycyny Andrzej Piotr Lussa urodził się 20 lutego 1949 r. w Otwocku. W 1973 roku ukończył Akademię Medyczną w Białymstoku. Tu obronił pracę doktorską i uzyskał specjalizację II stopnia w zakresie chorób wewnętrznych. W latach 1990-1994 był sekretarzem Okręgowej Izby Lekarskiej w Białymstoku oraz dwukrotnie delegatem na Ogólnopolski Zjazd Lekarzy. Pracował w Zakładzie Patologii Ogólnej i Doświadczalnej Akademii Medycznej w Białymstoku i w Klinice Hematologii. Zainicjował budowę Domu Lekarza. Był współtwórcą Fundacji na Rzecz Utworzenia Polskiego Uniwersytetu w Wilnie. W latach 1989-1993 pełnił funkcję prezesa Fundacji Medycznej „Wschód”. 13 lipca 1994 roku został wybrany Prezydentem miasta Białegostoku.

ZAWSZE PODWIATR I DO PRZODU Andrzeja poznałem w początkach „Solidarności”. Poza zdawkowym „dzień dobry” i „co nowego”, nie było właściwie między nami rozmów i dyskusji. Bliżej poznaliśmy się, gdy zbliżały się wybory do władz Akademii. Udałem się któregoś dnia, zdaje się, że to było pod koniec grudnia do lokalu „Solidarności” w tzw. bloku „D”, przy ul. Mickiewicza, na trzecim piętrze. Był to mały pokoik wraz z czymś w rodzaju pakamery. Urzędowała tu sekretarka, pani Władzia. Zapytałem, czy będzie dr Kość? Odpowiedziała, że dopiero za tydzień, bo wyjechał. Kto będzie dziś, nagabywałem ją? Za pół godziny przyjdzie dr Lussa i dr A. Stasiewicz. Otrzymawszy przyzwolenie na czekanie usiadłem, przeglądałem ulotki i powielaną prasę. Około godziny 14 przyszli oboje. Gdy Andrzej zapytał, czy mam jakąś sprawę („czy pan profesor ma coś dla nas?”) odrzekłem, że tak. Chciałbym porozmawiać na temat wyborów rektorskich. Po paru minutach, gdy poskładali jakieś podpisy usiedli koło mnie i Andrzej na nowo zapytał: „co Pana Profesora do nas sprowadza?” Na to ja: „znam Senat i Radę Wydziału jak mało kto; te wybory, to trudna sztuka i aby je wygrać trzeba się porządnie nagłowić, orientować się kto w senacie jest kim, komu można zaufać i na kogo stawiać. Chcę być waszym doradcą, ponieważ wiem, że nie wolno tych wyborów przegrać”.

Oboje spojrzeli na mnie z ogromną dozą nieufności w oczach. Zapadła przykra, dość długa chwila ciszy. Wyczułem co myślą i dodałem: „Żeby sprawa była jasna, oznajmiam, że sam nie zamierzam kandydować ani do władz rektorskich, ani dziekańskich”. W oczach obojga moich rozmówców dostrzegłem chwilowy przejaw ulgi ale nieufność nie zniknęła. Wreszcie Andrzej odezwał się: „sprawę przekażemy Komisji Zakładowej, rozważymy wszystko, za ofertę dziękujemy i spotkamy się ponownie”.

Po upływie tygodnia Andrzej (również w lokalu „S”) odpowiedział: „spróbujemy współpracować w wyborach”; sądzę, że w międzyczasie zapoznali się z moim życiorysem. W ciągu najbliższego miesiąca tamta nieufność zniknęła zupełnie. Zaczęliśmy (nie pamiętam dokładnie od kiedy) mówić sobie po imieniu. Ponieważ pracowaliśmy obaj w Klinikach, w tym samym budynku spotykaliśmy się u mnie w pokoju. Moi współpracownicy w Klinice wiedzieli, że gdy Andrzej przychodzi przerywam zajęcia i zamykamy się, aby nam nikt nie przeszkadzał. Nasza znajomość przemieniła się w dobre koleżeńskie współżycie i wkrótce po tym w przyjaźń. Tę umocnił na zawsze wybuch stanu wojennego. Wieczorem rozmawialiśmy często przez telefon (28793) posługując się umownymi hasłami; oba nasze telefony były „na podsłuchu”. Andrzej znał dokładnie układ krzepnięcia i fibrynolizy nie tylko w teorii ale i w różnych dziedzinach klinicznych. Nie mam wątpliwości, że gdyby połowę swej energii skierował w latach osiemdziesiątych na własny rozwój naukowy już dawno byłby samodzielnym pracownikiem nauki.

Stan wojenny wyłonił inne pierwszeństwo zadań życiowych. Zaczęły się represje studentów; ci przybiegali najpierw do Andrzeja. Przychodził do mnie na narady. Temu groziła utrata roku, temu skreślenie z listy studentów, jeszcze inny był zastraszony przez „pana profesora”, który miast darzyć studentów życzliwością wyzywał i szydził: „... ja wam pokażę, co mogę wam zrobić, zachciało się wam spiskować”. Andrzej dwoił się i troił, żeby dodać studentom otuchy. Sprawy jego zakładu, badania naukowe schodziły na dalszy plan.

W tym czasie zaczęli się koło niego kręcić tzw. „smutni panowie”. Przekonywali go, że szkoda jego obiecującej kariery naukowca. Któregoś dnia zdarzyła się dość zabawna historia. Andrzej przybiegł do mnie i oznajmił, ze jego sąsiad nie mógł zrozumieć dlaczego nagle jego kłódka do piwnicy jest zamknięta na drzwiach piwnicy Andrzeja i odwrotnie. Oczywiście wiedzieliśmy, że szukają naszych powielaczy (które w tym czasie już były na widocznym miejscu, „ukryte” na balkonie zaprzyjaźnionej z nami właścicielki sklepu przy Rynku Kościuszki). W 1989 roku poświęcił się bez reszty wyborom parlamentarnym. Zdawało się, że był wszędzie, na każdym wiecu, zebraniu. Wielu prelegentów nocowało w jego mieszkaniu. Cieszył się jak dziecko z każdego udanego przemówienia. Był zawsze dymny ze swojego ojca, którego przeszłość w AK stanowiła dlań wzór niedościgniony. Andrzeja stosunek do ludzi był odbiciem jego monolitycznej psychiki: jeżeli się do kogoś zraził – było mu niezmiernie trudno zdobyć się na życzliwość nawet, gdy miał pewność o uczciwości tego człowieka. Kompromis rzadko gościł w jego duszy. Ale i odwrotnie: raz zadzierzgnięta przyjaźń była w nim głęboko zakorzeniona; nic nie mogło tych korzeni wyrwać.

Patriotyzm Andrzeja znalazł swój wyraz również w niepodległej Polsce. Ujawniło się to, gdy do Akademii trafiła koncepcja organizowania nauczania w Akademii Medycznej młodzieży zza wschodniej granicy. Na szybko zorganizowanej naradzie (Lussa, Korecki, Kaczmarski i ja) w ciągu 15 minut podjęliśmy decyzję. Andrzej dał do zrozumienia, że bardzo chciałby być prezesem fundacji, przeznaczonej na ten cel. I został. Ogromnie pomógł w gromadzeniu pieniędzy od różnych osób i instytucji, m.in. od Izb Lekarskich. Wyjeżdżał z nami z granicę kilkanaście razy. Cieszył się z głównego efektu działalności, to jest 70 studentów – Polaków ze wschodu. Żyłka polityczna odnalazła się w nim w wyborach samorządowych; został prezydentem Białegostoku. Nie zapomniał o naszej „Fundacji Medycznej – Wschód”. Zorganizował spotkanie z młodymi studentami polskimi ze wschodu z ciastkami i słodyczami. Podszedł do mnie i rzekł półgłosem: „Andrzej powiedz mi – wiesz, tak od serca”. Miał usposobienie odznaczające się wrażliwością, łatwo się wzruszał. Miał łzy w oczach. Nie ma Go dziś wśród ludzi, nie ma Go dziś wśród lekarzy.


Andrzej Kaliciński

Studia
Akademia Medyczna
Izby lekarskie
Inna dziewczyna